piątek, 8 czerwca 2012

ciało - cielesny sługa, który niesie nas przez życie

Załóżmy jednak, że nie ma tych wypaczeń i nadużyć. Wyobraźmy sobie człowieka wierzącego, chrześcijanina, w którego życiu stały się dwa bliźniacze cuda: pokuty i nowego narodzenia. Żyje teraz zgodnie z wolą Boga tak, jak rozumie to ze Słowa Bożego. Można by o takiej osobie powiedzieć, że każdy jej czyn jest lub może być tak samo święty, jak modlitwa, chrzest czy Wieczerza Pańska. Nie oznacza to jednak sprowadzenia wszystkich czynów do jakiegoś niskiego, martwego poziomu. Oznacza to raczej podniesienie każdego czynu do sfery życia i zmienianie całego życia w sakrament.
Jeśli sakrament jest zewnętrznym wyrażeniem wewnętrznej łaski, to możemy śmiało przyjąć powyższą tezę. Jeden akt całkowitego poświęcenia życia Bogu możemy potwierdzać każdym następnym czynem. Nie musimy się wstydzić naszego ciała - cielesnego sługi, który niesie nas przez życie jak Jezus nie wstydził się pokornego zwierzęcia, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Słowa: "Pan go potrzebuje" /Łuk.19.31.34/ - mogą się równie dobrze odnosić do naszego śmiertelnego ciała. Skoro Chrystus mieszka w nas, możemy również nosić na sobie Pana chwały, jak kiedyś to małe zwierzę, i dać tłumom okazję, by wołały: "Hosanna na wysokości".

Samo zrozumienie tej prawdy nie wystarcza. Jeśli chcemy uniknąć męczącego dylematu życia podzielonego na część świętą i świecką, ta prawda musi i wejść nam w krew i wpłynąć na całość naszego sposobu myślenia. Musimy zacząć praktycznie żyć dla chwały Boga, rzeczywiście i stanowczo. Poczucie wspaniałego znaczenia tej prawdy zawładnie nami, gdy będziemy ją rozważać, gdy będziemy często w modlitwach rozmawiać o niej z Bogiem, gdy będziemy ją sobie przywodzić na pamięć, przebywając wśród ludzi. Stara, bolesna podwójność zniknie przed pełną jednością życia. Znajomość faktu, że w całości należymy do Boga, że Bóg przyjął wszystko i niczego nie odrzucił, zjednoczy nasze wewnętrzne życie, a wszystko stanie się dla nas święte.

To jeszcze nie wszystko. Stare przyzwyczajenia tak łatwo nie umierają. Będzie to wymagało wysiłku rozumu i wielu gorących modlitw, by całkowicie uciec od sposobu myślenia o przeciwieństwie świętego i świeckiego.
Na przykład, przeciętny chrześcijanin może mieć trudność w przyswojeniu sobie tej myśli, że jego codzienna praca może być wykonywana jako czynność uwielbiająca, którą Bóg przyjmuje przez Jezusa Chrystusa. Czasami gdzieś w głowie pojawi się stara antyteza, by zmącić spokój umysłu. Również stary wąż, diabeł, nie spocznie. Zjawi się w szoferce, przy biurku lub na polu, by przypomnieć wierzącemu, że większą część swego dnia poświęca rzeczom tego świata, a religijnym obowiązkom poświęca tylko nieznaczną część swego czasu. Jeśli wierzący nie będzie się miał na baczności, spowoduje to zamieszanie, zniechęcenie i ciężar na sercu.

Jedyną, skuteczną radą na to jest praktyczne stosowanie aktywnej wiary. Musimy złożyć w ofierze Bogu wszystkie nasze czyny i wierzyć, że On je przyjmuje. A potem mocno w tym trwać i ciągle uporczywie trzymać się faktu, że każdy czyn każdej godziny dnia i nocy jest zawarty w tej transakcji. Przypominajmy Bogu w godzinach naszej indywidualnej modlitwy, że wszystko, co robimy, jest dla Jego chwały. A potem uzupełniajmy te chwile tysiącami modlitw zanoszonych w myślach podczas pracy zarobkowej. Ćwiczmy tę sztukę wykonywania wszystkiego jako służbę kapłańską. Wierzmy, że Bóg jest obecny we wszystkich naszych powszednich czynnościach i uczmy się Go tam znajdować.

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz