czwartek, 26 czerwca 2014

Przebudzenie zamiast rutyny - Rozdział III

A.W. TOZER
"Przebudzenie zamiast rutyny
Zwycięstwo nad duchową stagnacją"
Rozdział 3

Przebudzony ze snu

Moim celem jest przebudzić niektórych i wyrwać ich z rutyny. Wiem, że jest niemożliwym przebudzić wszystkich, ale mam nadzieję, że uda się to z niektórymi. Świadomie i ostrożnie używam słowa przebudzić, gdyż Biblia zawiera znaczące nauczanie dotyczące słowa sen.

Przede wszystkim istnieje coś takiego jak naturalny sen. „Wszak On i we śnie obdarza umiłowanego Swego” ( Ps 127,2 ). „Spokojnie się ułożę i zasnę, bo Ty sam,Panie, sprawiasz, że bezpiecznie mieszkam.” ( Ps 4,9 )

Sam nasz Pan spał w łodzi. Ten naturalny sen rzadko należy przywoływać, gdyż jest dla nas darem od Pana. Śpimy wtedy, kiedy możemy, a jeśli nie możemy to znaczy, że coś jest nie w porządku. Naturalny sen jest czymś niewinnym pod warunkiem, że nie śpimy wtedy, kiedy powinniśmy robić coś innego. Jeśli śpimy wtedy, kiedy powinniśmy się modlić, nie jest on czymś niewinnym, chociaż wciąż naturalnym. Naturalny sen jest niewinny wówczas, gdy „On i we śnie obdarza umiłowanego Swego”. Jednakże ci uczniowie, którzy spali zamiast czuwać i modli się z Jezusem, doświadczyli naturalnego, choć nie niewinnego snu. My jednak pozostawimy naturalny sen, gdyż nie jest on przedmiotem naszego studium.

Myślę raczej o moralnym śnie i duchowym śnie. Moralny sen jest zasugerowany w wersecie z I Kor 15,34 :”Opamiętajcie się nareszcie i nie grzeszcie” Istnieje coś takiego jak moralny sen. Możliwym jest nie przynosić Bogu zadowolenia i zasmucać Ducha Świętego poprzez moralne przysypianie czyli dopuszczanie tego, na co nie ma przyzwolenia. Większość ludzi nie chce tego słuchać. Oni chcą czegoś dodatkowego do tego, co już mają. Nie chcą słuchać kiedy mówi im się, że przyzwalają na coś, na co nie ma przyzwolenia. Innymi słowy robią coś, czego nie powinni.

Lecz ty zapytasz: „ Czy tak się dzieje w przypadku chrześcijan ?” „Czy wierzysz, że wielu chrześcijan tak postępuje ?” Bez wahanie odpowiem, że wszystkie symptomy w dzisiejszym Kościele wskazują na to, że chrześcijanie robią rzeczy, których nie powinni i zawodzą w tych, które czynić powinni. Chodzi o rzeczy, które zostały wykonane i nie wykonane – grzechy, które popełniamy, czyniąc coś i grzechy zaniechania, kiedy nie czynimy czegoś, a powinniśmy. Jeśli jesteśmy nieświadomi tych grzechów to znaczy, że moralnie śpimy.

Nagłe przebudzenie

Kiedy Biblia mówi: „Opamiętajcie się wreszcie i nie grzeszcie” ( ang. przebudźcie ) wskazuje na nagłe przebudzenie, takie kiedy budzi cię dzwoniący budzik. Zadziwiającym jest dla ludzi fakt, że istnieje taki stan, w którym ktoś śpi i nagle zostaje obudzony. Ludzie często mówią: „Wiesz żyłem życiem, które nie podobało się Bogu. Byłem członkiem Kościoła, ale mimo to nie wiedziałem, że moje życie nie podoba się Bogu. Moje życie nie było właściwe. I wtedy właśnie zostałem nagle obudzony przez Boga. To było totalnym zaskoczeniem.”

piątek, 11 kwietnia 2014

Przebudzenie zamiast rutyny - Rozdział II



A.W. TOZER

"Przebudzenie zamiast rutyny  
Zwycięstwo nad duchową stagnacją"

 
Rozdział 2
Błędy w myśleniu

            W Swej miłości i dobroci Bóg często posyła Mojżesza, Jozuego lub Izajasza, czy też  w późniejszych czasach Lutra bądź Wesley'a, by pokazać, że Boże dzieło nie rozwija się. Nadeszły złe czasy dla Królestwa Bożego, a będzie jeszcze gorzej. Ogólną tendencją jest popadanie w rutynę, a my przecież musimy się z niej wyzwolić. Nadszedł czas, by powstać i opuścić to miejsce, ponieważ Boża wola jest tak rozległa jak ziemia, którą dał Izraelitom -  „Wyruszcie więc i idźcie w stronę gór Amorejczyków i do wszystkich ich sąsiadów w Araba, na pogórzu i na nizinie, w Negebie i na wybrzeżu morza, do ziemi Kananejczyków i Libanu, aż do wielkiej rzeki, rzeki Eufratu.” ( 5 Moj. 1,7 )

            Kiedy Bóg posyła jakiegoś kaznodzieję do zgromadzenia z takim właśnie przesłaniem, a ludzie ci są w połowie gotowi, by usłuchać go, najprawdopodobniej powiedzą do siebie: „myślę, że pastor ma tutaj rację. Popadliśmy w rutynę, prawda? Nie ma sensu z tym walczyć. Myślę, że trzeba coś zrobić.” I zapewne w 99.99 procentach przypadków przepisanym lekarstwem będzie: „spotkajmy się, zjedzmy coś razem. Wiem, że popadliśmy w rutynę, ale przecież tak rzadko się widujemy. Powinniśmy się lepiej poznać, więc spotkajmy się i zjedzmy coś wspólnie.” Oczywiście nie mam nic przeciwko przebywaniu razem, ale to nie jest rozwiązanie naszego problemu.

            Zamiast wspólnego posiłku, ktoś może zaproponować: „zaplanujmy jakiś wspólny wyjazd” To kolejny sposób, w jaki my protestanci, leczymy wszystkie rany Joba, cały trąd i wszystkie nasze bolączki. Albo się spotykamy, by przejeść problem, albo od niego uciekamy na wspólne wyjazdy.

            Kolejna osoba może powiedzieć: „spotkajmy się i zróbmy coś religijnego. Kościół jest w kiepskiej formie. Morale słabnie i wiele rzeczy nie wygląda zbyt dobrze. Kręcimy się w kółko. Spotkajmy się i zróbmy coś z tym wspólnie.” Tak mówi aktywista.

piątek, 17 stycznia 2014

Przebudzenie zamiast rutyny - Rozdział I




A.W. TOZER
"Przebudzenie zamiast rutyny  
Zwycięstwo nad duchową stagnacją"


Rozdział 1
Największy wróg chrześcijanina


Za Jordanem, w ziemi moabskiej, Mojżesz zaczął wykładać ten zakon następująco: Pan, nasz Bóg, przemówił do nas na Horebie: Już dość waszego pobytu na tej górze. Wyruszcie więc i idźcie w stronę gór Amorejczyków i do wszystkich ich sąsiadów w Araba, na pogórzu i na nizinie, w Negebie i na wybrzeżu morza, do ziemi Kananejczyków i Libanu, aż do wielkiej rzeki, rzeki Eufratu. Oto przekazałem wam tę ziemię, która jest przed wami. Wejdźcie do niej i weźcie w posiadanie tę ziemię, którą Pan przysiągł dać waszym ojcom, Abrahamowi, Izaakowi, i Jakubowi oraz ich potomstwu po nich. - V Moj 1,5-8

            Największym, starotestamentowym wrogiem zagrażającym Izraelowi była dyktatura tradycji. Izrael przywykł do chodzenia w kółko i był wręcz zadowolony mogąc przebywać w bezpiecznym sąsiedztwie góry przez jakiś czas. Innymi słowy była to psychologia zwyczaju. W końcu Bóg wyrwał ich z koleiny, w której tkwili mówiąc: Byliście tu wystarczająco długo, już czas ruszyć naprzód.
            By przykład Izrael był dla nas zrozumiały, musimy zobaczyć, że góra jest symbolem duchowego doświadczenia lub duchowego stanu rzeczy. Problem Izraela było zrezygnowanie z nadziei, że Bóg kiedykolwiek wprowadzi ich do ziemi, którą im przyobiecał. Zadowalali się chodzeniem w kółko i obozowaniem w przyjemnych i wygodnych miejscach. Byli pod urokiem psychologii rutyny. To trzymało ich ciągle w tym samym miejscu i nie pozwalało sięgnąć po obiecane przez Boga bogactwa.
            Gdyby Edomici, ich wrogowie, rzucili się w pogoń za nimi, Izraelici walczyliby do ostatniego wojownika i prawdopodobnie pokonaliby ich, w ten sposób uczyniliby pewien postęp. Zamiast tego próżnowali, a przyzwyczajenie stawało się coraz mocniejsze.
            Co jest największym wrogiem, z którym Kościół dzisiaj się mierzy? Tamtędy właśnie wdziera się obca rzeczywistość i nieświadoma hipokryzja. Wielu jest skłonnych stwierdzić: „Liberałowie są naszymi największymi wrogami.” Jednakże faktem jest, że przeciętny zbór ewangeliczny nie ma zbyt wiele kłopotów z liberalizmem. Nikt w naszych Kościołach nie wstaje i nie twierdzi, że pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu jest mitologią. Nikt nie mówi, że stworzenie świata to religijny mit. Nikt nie zaprzecza, że Chrystus chodził po wodzie lub, że zmartwychwstał. Nikt nie powstaje i nie twierdzi, że Jezus Chrystus nie jest Bożym Synem i, że nie powróci. Nikt nie podważa prawdziwości Pisma Świętego. Nie możemy schować się za liberalizmem twierdząc, że to nasz największy wróg. Wierzymy w to, że ewangeliczni chrześcijanie trzymają się prawd im przekazanym, wiary ich ojców, więc liberalizm nie jest naszym największym wrogiem.
            Nie mamy również problemu z władzami. Ludzie w naszym kraju mogą robić, co chcą a rząd nie zwraca na to uwagi. Możemy organizować całonocne spotkanie modlitewne, jeśli tylko chcemy, a władze nie będą nas niepokoić, czy przesłuchiwać. Nie ma tajnej policji, której oddech czulibyśmy  na placach, i która obserwowałaby każdy nasz krok. Żyjemy w wolnym kraju i powinniśmy za ten przywilej dziękować  Bogu każdego dnia.

Dyktatura rutyny

            Podstępnym wrogiem, z którym dzisiejszy Kościół musi się zmierzyć to dyktatura rutyny, stan, w którym rutyna staje się „panem” w życiu Kościoła. Przygotowuje się różne programy, a panujące warunki przyjmowane są za normę. Każdy może przewidzieć, co będzie działo się na nabożeństwie w następną niedzielę. To waśnie jest najbardziej śmiertelnym zagrożeniem w dzisiejszym Kościele. Kiedy dochodzimy do stanu, w którym wszystko można przewidzieć i nikt nie oczekuje niczego nadzwyczajnego od Boga, świadczy to, że popadliśmy w rutynę. Rutyna rządzi i możemy powiedzieć nie tylko, co wydarzy się na niedzielnym nabożeństwie, lecz także, co będzie się działo w przyszłym miesiącu; a jeśli nic wielkiego się nie wydarzy, to nawet jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy w przyszłym roku. Oznacza to, że dotarliśmy do miejsca, w którym to, co było determinuje to, co jest, a to, co jest determinuje to, co będzie.
            To jest doskonałe rozwiązanie dla cmentarza. Nikt nie oczekuje, że na cmentarzu coś się wydarzy, tam wszystko ma trwać w stanie, w jakim jest. Najwięksi współcześni konformiści leżą na cmentarzu. Oni nikomu nie przeszkadzają. Oni tam po prostu spoczywają i to wszystko, czego się od nich oczekuje. Można bardzo łatwo przewidzieć, co każdy będzie robił na cmentarzu, począwszy od zmarłego, a skończywszy na żałobnikach. Wszystko i wszyscy akceptują pewnego rodzaju rutynę na cmentarzu. Nikt nie oczekuje niczego od osób grzebanych tam. Kościół jednakże nie jest cmentarzem i powinniśmy wiele od niego oczekiwać, ponieważ przeszłość nie powinna być panem teraźniejszości, a teraźniejszość nie powinna niczego dyktować przyszłości. Boży ludzie mają nieustannie wzrastać.
            Tak długo jak w Kościele jest wzrost, istnieje element nieprzewidzianego działania. Oczywiście, że nie możemy dokładnie przewidzieć pewnych rzeczy, choć w niektórych Kościołach jest to możliwe. Wszyscy wiedzą, co się zaraz wydarzy i to jest właśnie nasz najbardziej śmiertelny wróg. Obwiniamy diabła, czasy ostateczne i wszystko inne, a prawdę powiedziawszy nasz największy wróg wcale nie jest na zewnątrz, on jest w naszym wnętrzu – to postawa, która akceptuje stan, w jakim się znajdujemy. Wierzymy, że to, co było zawsze musi determinować to, co będzie i w efekcie nie oczekujemy niczego.


środa, 15 maja 2013

Każdy wyda owoc podług swego rodzaju

Woda nie może podnieść się ponad właściwy sobie poziom podobnie i Chrześcijanin żadnym sposobem nie wzniesie się ponad poziom swojego własnego duchowego życia. Widziałem pod słońcem jak człowiek Boży pozwalał cały dzień swemu językowi trudzić się jałową i frywolną rozmową i pozwalał mu wałęsać się gdzieś pomiędzy pustymi uciechami tego świata by następnie, kiedy przyszła wreszcie konieczność wieczornego nauczania, szukać gorączkowo ułaskawienia tuż przed samym nabożeństwem poprzez desperackie rzucenie się na kolana do modlitwy próbując wznieść się do poziomu, na którym duch proroctwa mógłby zstąpić na niego kiedy wreszcie dotrze za kazalnicę. Poprzez doprowadzenie się aż do emocjonalnego białego żaru może on sobie gratulować, że miał aż tak wiele swobody i polotu w głoszeniu Słowa. Oszukuje on jednak bezlitośnie samego siebie i nie masz żadnej w nim mądrości. To jaki był i to kim był przez cały ów dzień i cały ów tydzień jest to jaki i kim jest otwierając swą Biblię aby wyłożyć ją swoim słuchaczom. Woda nie może podnieść się ponad swój własny poziom.

Człowiek nie zbiera winnych gron z cierni ani też fig z ostów. Rodzaj owocu jest zdeterminowany rodzajem drzewa, a owoc życia tym jakie to życie jest. To czym człowiek jest zainteresowany aż do punktu absorpcji zarówno decyduje jak i objawia jakiego rodzaju jest to człowiek; a rodzaj człowieka poprzez tajemne prawa duszy decyduje jakiego rodzaju owoce on wydaje. Problem polega na tym, że często nie jesteśmy w stanie odkryć prawdyo naszych owocach dopóki nie jest za późno.

Abyśmy byli realistyczni w naszym Chrześcijańskim życiu, nie wolno nam lekceważyć przeogromnej mocy sympatii. Przez sympatię rozumiem przemożny pociąg, który pewne osoby i rzeczy ku nam mają. Człowiecze serce jest skrajnie czułe i równocześnie zdolne zawiązywać wewnętrzne relacje z rzeczami odsuniętymi od nas czy wręcz zakazanymi.

Tak jak igłą kompasu rządzi nieprzeparty pociąg do Północnego Bieguna tak i ludzkie serce potrafi pozostać wierne swej miłości bez względu na dzielące je od swego ukochanego mile i lata. Czym jest ów przedmiot miłości może być poznane poprzez obserwowanie w jakim kierunku nasze myśli biegną kiedy uwolnią się wreszcie z mozołu pracy czy nauki. O czym myślimy w każdej wolnej chwili? Dokąd powraca nasza wyobraźnia znów i znów?

Kiedy uczciwie odpowiemy na wszystkie te pytania, poznamy kim jesteśmy; a kiedy odkryjemy już ową prawdę o sobie możemy wnioskować jakie owoce wydamy. Jednym z najbardziej wyświechtanych zdań wypowiadanych przez ewangelistów jest stwierdzenie, że prawdziwa wartość członka kościoła jest objawiana jego życiem w poniedziałek raczej niż w niedzielę. Kryje się w tej konstatacji ogromna przestrzeń pragmatycznej prawdy i pozostaje sobie jedynie pobożnie życzyć abyśmy napominając innych pamiętali sami o tym, by żyć przez cały tydzień w atmosferze świętości w którą tak bardzo pragniemy wkroczyć w Dniu Pana.

Napisane jest o Mojżeszu, że "(...) szedł przed (...). oblicze Pana, by z nim rozmawiać (...) a gdy wyszedł, mówił do synów izraelskich (...)" (2 Moj. 34:34). Jest to biblijna norma, od której my odeszliśmy ku własnej zgubie i okaleczeniu na wieki dusz człowieczych. Żaden człowiek nie ma moralnego prawa stanąć przed innymi ludźmi jeśli wprzód nie spędził wieleczasu przed obliczem Pana. Żaden człowiek nie ma prawa mówić ludziom o Bogu jeśli wprzód nie rozmawiał z Nim o ludziach. Prorok Boży zaś, powinien spędzać więcej czasu w odosobnieniu modląc się aniżeli w publicznych miejscach głosząc Jego Słowo. Tak jak nie ośmielamy się lekceważyć mocy ludzkiego serca do zawiązywania więzi, tak i nie ośmielamy się ignorować ważności duchowego nastroju. Nastrój jest pogodą umysłu.

Jest on wewnętrznym klimatem i musi być korzystny dla duchowych łask ponieważ inaczej nie pojawią się one nigdy w naszych duszach. Chrześcijanin, który dopuszcza by dzień za dniem w jego sercu dominował chłodny klimat nie powinien się spodziewać żadnych w innych gron kiedy staje przed swoją klasą szkółki niedzielnej, chórem czy zgromadzeniem w niedzielny poranek. Jedna jaskółka nie czyni wiosny ani też jeden upalny dzień nie czyni lata. Podobnie i kilka minut gorączkowej modlitwy tuż przed nabożeństwem nie zrodzi świeżych pąków ani też nie sprawi, że ugór pokryje się kwiatami. Pole musi być długo nasączane słonecznym światłem zanim zrodzi swoje skarby. Serce Chrześcijanina musi być długo nasączane modlitwą zanim duchowe owoce zaczną wreszcie rosnąć. Tak jak pole musiało uczyć się żyć w zażyłości i przyjaźni z deszczem i słońcem tak i Chrześcijanin musi uczyć się żyć z Bogiem. Nie jesteśmy w stanie nadrobić w krótkim czasie długiego okresu zaniedbywania Boga i rzeczy duchowych.

Boże dzieci żyją prawami tak przychylnymi i tak surowymi jak te, które rządzą naturą. Łaska działa w tych prawach ale nigdy nie stoi w sprzeczności z nimi. Wydamy owoc podług naszego rodzaju i nawet wszystkie nasze pełne przerażenia modlitwy temu nie zapobiegną. Aby czynić święte dzieła musimy być święci każdego dnia i we wszystkie dni jakie Pan w swej łaskawości podaruje nam na tym ziemskim padole.

źródło: Radio Pielgrzym;  Czytelnia Chrześcijanina

wtorek, 9 kwietnia 2013

Świętość przed szczęściem

Samolubne pragnienie szczęścia jest tak samo grzeszne jak jakiekolwiek inne samolubne pragnienie. Jego korzenie tkwią w ciele, które nigdy nie może ostać się przed Bogiem. „Dlatego zamysł ciała jest wrogi Bogu; nie poddaje się bowiem zakonowi Bożemu, bo też nie może” (Rzymian 8:7).

Ludzie starają się coraz częściej usprawiedliwić każdy rodzaj złego postępowania tym, że „po prostu starają się zapewnić sobie trochę szczęścia.” Zanim zgodzi się na małżeństwo, nowoczesna młoda dama może zapytać się bez ogródek czy ten człowiek „może uczynić mnie szczęśliwą,” czy też nie, zamiast bezinteresownie zastanowić się czy może dać szczęście swojemu Życiowemu partnerowi. Kolumny nieszczęśliwie zakochanych z gazet mokre są od łez osób rozczulających się nad sobą, które piszą by dowiedzieć się jak mogą „zabezpieczyć swoje szczęście.” Psychiatrzy w kraju obrastają w sadło dzięki zwiększającej się liczbie tych, którzy szukają profesjonalnej pomocy w swoim wszystko pochłaniającym poszukiwaniu szczęścia. Dosyć często popełnia się przestępstwa przeciwko osobom, które nie zrobiły nic gorszego prócz wystawienia na niebezpieczeństwo czyjegoś szczęścia.

To jest hedonistyczna filozofia starych greckich czasów, źle zrozumiana i zastosowana w codziennym życiu dwudziestego wieku. Niszczy ona całą szlachetność charakteru i czyni fajtłapami tych, którzy świadomie bądź nieświadomie przyjmują ją - ale stała się dosyć popularnym wyznaniem wielu ludzi. Rzadko ktokolwiek kwestionuje to, że urodziliśmy się po to aby być szczęśliwymi. Nikt nie próbuje udowodnić tego, że upadli ludzie mają jakieś moralne prawo do szczęścia, albo że na dłuższą metę lepiej być szczęśliwym. Prawie wszystkie popularne książki i sztuki zakładają, że osobiste szczęście jest słusznym końcem dramatycznej ludzkiej walki.

Teraz zasugeruję, że cała gorączkowa gonitwa za szczęściem jest złem tak pewnym jak gonitwa za pieniądzem, sławą czy sukcesem. Wypływa z olbrzymiego niezrozumienia samych siebie i naszego prawdziwego stanu moralnego. Człowiek, który naprawdę zna siebie samego, nigdy nie uwierzy w swoje prawo do bycia szczęśliwym. Przelotne spojrzenie jego serca otrzeźwi go natychmiast tak, że prawdopodobnie zwróci się przeciwko sobie i przyjmie Boży wyrok skierowany do niego jako sprawiedliwy. Nauka o nieodłącznym prawie człowieka do szczęścia jest anty-boska i anty-Chrystusowa i jej szerokie przyjęcie przez społeczeństwo mówi nam wiele o tymże społeczeństwie.

Rezultat tego nowoczesnego hedonizmu jest odczuwany również wśród ludu Bożego. Ewangelia jest zbyt często przedstawiana jako środek do szczęścia, do pokoju umysłu, czy bezpieczeństwa. Są nawet tacy, którzy używają Biblii dla „odprężenia się,” tak jakby była  narkotykiem. Jak bardzo błędne jest to wszystko okaże się szybko poprzez proste lecz uważne przeczytanie Nowego Testamentu. Nacisk tam nie jest położony na szczęście, ale na świętość. Bóg jest bardziej zainteresowany stanem ludzkich serc niż stanem ich uczuć. Niewątpliwie Boża wola przynosi ostateczne szczęście tym, którzy są posłuszni, ale najważniejszą rzeczą nie jest to jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, ale jak święci. żołnierz nie szuka szczęścia na polu; stara się raczej zakończyć walkę, wygrać wojnę i wrócić do domu, do swojej rodziny. Tam może cieszyć się w pełni, ale podczas wojny jego najpilniejszym zadaniem jest być dobrym Żołnierzem, spisywać się dzielnie jak mężczyzna, bez względu na to jak się czuje dziecinna pogoń za szczęściem może stać się prawdziwym sidłem. Ktoś może łatwo się oszukać przez kultywowanie religijnej radości bez towarzyszącego temu sprawiedliwego życia. żaden człowiek nie powinien pragnąć być szczęśliwym, jeżeli nie jest równocześnie świętym. Powinien starać się poznać i wykonywać Bożą wolę, pozostawiając Chrystusowi sprawę tego jak szczęśliwym będzie.

Mam propozycję dla tych, którzy biorą to wszystko poważnie: Zwróć się do Boga aby otrzymać zrozumienie. Powiedz Mu, że twoim pragnieniem jest być świętym za każdą cenę, a potem poproś Go, aby nigdy nie dał ci więcej szczęścia niż świętości. Kiedy twoja świętość zmatowieje, niech twoja radość będzie przyćmiona. I poproś Go, aby uczynił cię świętym bez względu na to czy jesteś szczęśliwy czy też nie. Bądź pewny, że na końcu będziesz tak samo szczęśliwy jak i święty, ale na razie niech twoją całą ambicją będzie służyć Bogu i być podobnym do Chrystusa. Jeżeli odważymy się zająć taką postawę, możemy spodziewać się poznania nowego stopnia wewnętrznego oczyszczenia. I, ponieważ Bóg jest tym Kim jest, bardziej niż prawdopodobnie poznamy nowy stopień szczęścia; ale szczęścia, które wypływa z bardziej intymnej społeczności z Bogiem; szczęścia, które jest podniosłe i niesamolubne, wolne od zanieczyszczeń ciała.

A.W. Tozer (1960)

źródło: „Światło życia” polska publikacja Searchlight.
tom 1, numer 4/ 1993

czwartek, 4 kwietnia 2013

Poddać się, prosić, być posłusznym, wierzyć

Cokolwiek by to było,  
Nawet najdroższe me bożyszcze,
Pomóż mi zniszczyć przed Twym tronem
I wielbić tylko Ciebie!

Śpiewamy tak bez zająknienia, ale jednocześnie czynimy naszą modlitwę nierzetelną, nie chcąc się wyrzec właśnie tych bożków, o których śpiewamy. Porzucenie bowiem ostatniego bożka oznacza zanurzenie się w stan wewnętrznej samotności, pustki, której nie może zaspokoić żadne ewangeliczne nabożeństwo, ani żadna wspólnota z innymi chrześcijanami. Dlatego większość chrześcijan pragnie zabezpieczyć się, prowadząc życie kompromisowe.

Mają coś niecoś z Boga, ale tylko tyle, by mieć bezpieczeństwo. Nie mają jednak wszystkiego. I Bóg ma coś z nich, ale też nie wszystko. I tak żyją swym letnim życiem i starają się zamaskować swe głębokie duchowe ubóstwo, obnosząc na twarzy jasne uśmiechy i śpiewając żywe piosenki. Jedną sprawę należy tu dokładnie wyjaśnić: wędrówka duszy przez ciemną noc nie jest sama w sobie żadną zasługą. Cierpienia i samotność nie podnoszą wartości człowieka przed Bogiem, dzięki nim nie można sobie zasłużyć na namaszczenie. Nie możemy niczego od Boga kupić. Wszystko pochodzi z Jego dobroci, z przelanej krwi Chrystusa, która nas odkupiła, i jest wolnym darem bez żadnych dodatkowych warunków.

Udręka duszy przynosi jednak rezultat w postaci oderwania się od ziemskich spraw i zwrócenia uwagi na Boga. Wszystko, o czym poprzednio była mowa, dotyczyło przygotowania duszy do tego Bożego dzieła. Samo napełnienie nie jest sprawą skomplikowaną. Choć zwykle staram się unikać sformułowań typu „jak” w sprawach duchowych, wierzę, że odpowiedź na pytanie: „Jak mogę zostać napełniony przez Ducha Świętego?” może być udzielona za pomocą czterech słów, czterech czasowników wymagających osobistego działania. Oto one: poddać się, prosić, być posłusznym, wierzyć.

• Poddać się: „A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.”(Rz 12, 1-2).

• Prosić: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.”  (Łuk 11, 13).

• Być posłusznym: „Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty, którego Bóg udzielił tym, którzy Mu są posłuszni.” (Dz 5,32). Pełne i bez niechęci posłuszeństwo wobec woli Boga jest absolutnie nieodzowne do przyjęcia namaszczenia. Czekając na Boga, powinniśmy z czcią studiować Pismo Święte, nasłuchiwać Jego łagodnego, cichego głosu, aby poznać, czego od nas oczekuje. A następnie, ufając Jego możliwościom, powinniśmy być Jemu posłuszni, tak jak tylko potrafimy, zgodnie z naszymi umiejętnościami i zdolnościami pojmowania.

• Wierzyć: „Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełniania Prawa za pomocą uczynków, czy też stąd, że daliście posłuch wierze?” (Gal 3, 2). Ponieważ napełnienie Duchem można przyjąć przez wiarę, i tylko przez wiarę, wystrzegajmy się więc takiej imitacji wiary, która jest jedynie intelektualną akceptacją prawdy. Było to już źródłem wielkiego rozczarowania dla wielu. Prawdziwa wiara nieuchronnie rodzi wewnętrzne świadectwo.

Czymże jednak jest to świadectwo? Nie jest ono żadnym przeżyciem fizycznym, żadnym zjawiskiem dźwiękowym, ani też uczuciem duszy. Duch nigdy nie powierza siebie ciału. Jedyne świadectwo, jakie On daje, jest subiektywne, znane tylko samej jednostce. Duch Święty objawia się głęboko w duchu człowieka. Ciału nie przynosi to żadnej korzyści, lecz wierzące serce nieomylnie rozpoznaje: Święty, święty, święty! I jeszcze sprawa ostatnia. Ani w Starym ani w Nowym Testamencie, ani w świadectwach chrześcijańskich, znajdujących się w pismach pozostawionych przez świętych, nie ma wzmianki (na ile sięga moja wiedza) o żadnym wierzącym, który byłby napełniony przez Ducha Świętego, nie wiedząc o tym. Nikt także nie został napełniony nie wiedząc, kiedy to się stało, ani też nikt nie był napełniany stopniowo.

Wiele osób wierzących połowicznie usiłuje obejść te trzy fakty, zupełnie tak jak Adam, próbując schronić się przed obecnością Boga, ale nie są to wystarczająco dobre kryjówki. Człowiek, który nie wie, kiedy został napełniony, nie był po prostu nigdy napełniony (nie chodzi tu, rzecz jasna, o dokładne pamiętanie daty). A ten, kto myśli, że będzie napełniany stopniowo, nie będzie napełniony nigdy.

Według mojej oceny, relacja między Duchem Świętym a wierzącym jest najistotniejszym problemem, przed jakim stoi Kościół w dzisiejszych czasach. W porównaniu z nim problemy podnoszone przez chrześcijański egzystencjalizm lub neoortodoksję są niczym. Idee ekumeniczne, czy też teorie eschatologiczne, nie zasługują na uwagę dopóty, dopóki każdy wierzący nie będzie mógł dać twierdzącej odpowiedzi na pytanie: „Czy przyjęliście Ducha Świętego, gdy uwierzyliście?” I może się tak stać, że gdy doświadczymy napełnienia przez Ducha Świętego, będziemy mogli stwierdzić z zadowoleniem, iż rozwiązało ono również nasze inne problemy.

Fragment z książki „Klucz do głębszego życia”