poniedziałek, 11 czerwca 2012

Miejsce Najświętsze zostało otworzone dla wszystkich

Równolegle do błędu, o którym mówiliśmy,[ w poprzednim poście]  występuje błędne przeciwstawianie miejsc świętych miejscom świeckim. Dziwne to, że możemy czytać Nowy Testament i ciągle wierzyć w istnienie jakichś miejsc odznaczających się wrodzoną świętością, odróżniających się od innych miejsc. Błąd ten jest tak powszechny, że ogarnia uczucie osamotnienia, gdy podejmuje się z nim walkę. Zadziałał jak barwnik nadający kolor myśleniu ludzi religijnych i tak doskonale zabarwił oczy, że nie można zobaczyć jego fałszu. W świetle całej nauki Nowotestamentowej, a w przeciwieństwie do tego, co mówiono i śpiewano przez wieki oraz co zostało przyjęte jako część chrześcijańskiego zwiastowania, z całą pewnością jest to fałszem. 
 
Oto fakty, tak jak je rozumiem. Izrael mieszkał w Egipcie przez czterysta laty, otoczony niesłychanym bałwochwalstwem. W końcu Mojżesz ich wyprowadził i wyruszyli w kierunku ziemi obiecanej. Lecz jakakolwiek myśl o świętości była im obca. Aby zmienić ten stan, Bóg zaczął od podstaw. Bóg sam przyszedł do nich w słupie ognia i w słupie obłoku, a później, gdy zbudowano przybytek, zamieszkał w ogniu w Miejscu Najświętszym, Bóg uczył Izraela za pomocą niezliczonych rzeczy, jaka jest różnica między świętym i nieświętym. Były święte dni, święte naczynia, święte szaty. Były też obmywania, ofiary i rozmaite składanie darów. Tym sposobem Izrael uczył się, że Bóg jest święty. Właśnie tego Bóg ich uczył. Nie świętość rzeczy lub miejsca, ale świętość Boga Jahwe była prawdą, której musieli się nauczyć. 

Potem nastał wielki dzień, gdy pojawił się Chrystus. Od razu zaczął mówić: "Słyszeliście, że powiedziano przodkom... A Ja wam powiadam..." /Mat.5.21,22,2728,33,34,38,39,43,44/ Szkoła Starego Testamentu zakończyła się. Gdy Chrystus umarł na Krzyżu, zasłona w świątyni rozdarła się od góry do dołu. Miejsce Najświętsze zostało otworzone dla wszystkich wchodzących z wiarą. Przypomniano sobie słowa Chrystusa: "Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca... Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie"./Jn.4.21;23-24/ 

Niedługo potem Paweł wydał okrzyk wolności i oznajmił, że wszystkie rodzaje mięsa są czyste, każdy dzień jest święty, wszystkie miejsca są święte, a każdy czysty czyn - miły Bogu. Świętość czasu i miejsca, połowiczne objawienie konieczne do kształcenia wybranego ludu, zostały zastąpione pełnym światłem duchowego oddawania czci. 

Istotne oddawanie czci w Duchu pozostawało w Kościele aż do chwili, gdy powoli, wraz upływem lat, zostało zagubione. Potem naturalny legalizm upadłych serc ludzi zaczął wprowadzać stary podział rzeczy. Kościół zaczął na nowo przestrzegać dni, pór i czasów: Wybrano i oznaczono pewne miejsca jako święte w szczególnym sensie. Zaczęto przestrzegać różnic między dniami, miejscami i ludźmi. Skutkiem oddzielenia świętego od świeckiego jest oddzielenie religii od życia. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

piątek, 8 czerwca 2012

Ciało - cielesny sługa, który niesie nas przez życie

Załóżmy jednak, że nie ma tych wypaczeń i nadużyć. Wyobraźmy sobie człowieka wierzącego, chrześcijanina, w którego życiu stały się dwa bliźniacze cuda: pokuty i nowego narodzenia. Żyje teraz zgodnie z wolą Boga tak, jak rozumie to ze Słowa Bożego. Można by o takiej osobie powiedzieć, że każdy jej czyn jest lub może być tak samo święty, jak modlitwa, chrzest czy Wieczerza Pańska. Nie oznacza to jednak sprowadzenia wszystkich czynów do jakiegoś niskiego, martwego poziomu. Oznacza to raczej podniesienie każdego czynu do sfery życia i zmienianie całego życia w sakrament.
Jeśli sakrament jest zewnętrznym wyrażeniem wewnętrznej łaski, to możemy śmiało przyjąć powyższą tezę. Jeden akt całkowitego poświęcenia życia Bogu możemy potwierdzać każdym następnym czynem. Nie musimy się wstydzić naszego ciała - cielesnego sługi, który niesie nas przez życie jak Jezus nie wstydził się pokornego zwierzęcia, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Słowa: "Pan go potrzebuje" /Łuk.19.31.34/ - mogą się równie dobrze odnosić do naszego śmiertelnego ciała. Skoro Chrystus mieszka w nas, możemy również nosić na sobie Pana chwały, jak kiedyś to małe zwierzę, i dać tłumom okazję, by wołały: "Hosanna na wysokości".

Samo zrozumienie tej prawdy nie wystarcza. Jeśli chcemy uniknąć męczącego dylematu życia podzielonego na część świętą i świecką, ta prawda musi i wejść nam w krew i wpłynąć na całość naszego sposobu myślenia. Musimy zacząć praktycznie żyć dla chwały Boga, rzeczywiście i stanowczo. Poczucie wspaniałego znaczenia tej prawdy zawładnie nami, gdy będziemy ją rozważać, gdy będziemy często w modlitwach rozmawiać o niej z Bogiem, gdy będziemy ją sobie przywodzić na pamięć, przebywając wśród ludzi. Stara, bolesna podwójność zniknie przed pełną jednością życia. Znajomość faktu, że w całości należymy do Boga, że Bóg przyjął wszystko i niczego nie odrzucił, zjednoczy nasze wewnętrzne życie, a wszystko stanie się dla nas święte.

To jeszcze nie wszystko. Stare przyzwyczajenia tak łatwo nie umierają. Będzie to wymagało wysiłku rozumu i wielu gorących modlitw, by całkowicie uciec od sposobu myślenia o przeciwieństwie świętego i świeckiego.
Na przykład, przeciętny chrześcijanin może mieć trudność w przyswojeniu sobie tej myśli, że jego codzienna praca może być wykonywana jako czynność uwielbiająca, którą Bóg przyjmuje przez Jezusa Chrystusa. Czasami gdzieś w głowie pojawi się stara antyteza, by zmącić spokój umysłu. Również stary wąż, diabeł, nie spocznie. Zjawi się w szoferce, przy biurku lub na polu, by przypomnieć wierzącemu, że większą część swego dnia poświęca rzeczom tego świata, a religijnym obowiązkom poświęca tylko nieznaczną część swego czasu. Jeśli wierzący nie będzie się miał na baczności, spowoduje to zamieszanie, zniechęcenie i ciężar na sercu.

Jedyną, skuteczną radą na to jest praktyczne stosowanie aktywnej wiary. Musimy złożyć w ofierze Bogu wszystkie nasze czyny i wierzyć, że On je przyjmuje. A potem mocno w tym trwać i ciągle uporczywie trzymać się faktu, że każdy czyn każdej godziny dnia i nocy jest zawarty w tej transakcji. Przypominajmy Bogu w godzinach naszej indywidualnej modlitwy, że wszystko, co robimy, jest dla Jego chwały. A potem uzupełniajmy te chwile tysiącami modlitw zanoszonych w myślach podczas pracy zarobkowej. Ćwiczmy tę sztukę wykonywania wszystkiego jako służbę kapłańską. Wierzmy, że Bóg jest obecny we wszystkich naszych powszednich czynnościach i uczmy się Go tam znajdować.

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

czwartek, 7 czerwca 2012

Bóg stworzył nasze ciała i nie wstydzi się dzieła swych rąk

Sam Pan Jezus Chrystus jest naszym doskonałym przykładem, a On nie znał podzielonego życia. Żył na ziemi przed obliczem Swego Ojca bez napięć od dzieciństwa aż do śmierci na krzyżu. Bóg przyjął ofiarę całego Jego życia i nie zrobił różnicy między jednym czynem a drugim. "Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba",/Jn.8.29/ tak w skrócie powiedział On o swym życiu, które było związane z Ojcem. Gdy poruszał się między ludźmi, był zrównoważony i pełen spokoju. Uciski i cierpienia, jakie przeżył, wynikały z tego, że On poniósł grzech świata. Nigdy nie były one wynikiem Jego moralnej niepewności lub duchownego nieprzystosowania. 
Wezwanie Pawła, "wszystko na chwałę Bożą czyńcie"/1Kor.10.31/ jest czymś więcej niż tylko pobożnym idealizmem. Jest to integralna część świętego objawienia i ma być przyjmowana jako prawdziwe Słowo Prawdy. Otwiera to przed nami możliwość czynienia w życiu wszystkiego na chwałę Boga. Abyśmy nie bali się odnieść tego do wszystkiego, Paweł wymienia szczególnie jedzenie i picie. Te przyziemne czynności dzielimy wraz ze zwierzętami, które giną. Skoro te czyny można tak wykonywać, by chwaliły Boga, to trudno sobie wyobrazić, co by nie mogło Go chwalić. 

Nienawiść do ciała kultywowana przez zakonników, tak widoczna w dziełach niektórych dawnych świętych pisarzy, zupełnie nie znajduje oparcia w Słowie Bożym. Zwykła skromność występuje w Piśmie Świętym, to prawda, ale nigdy pruderia czy fałszywe poczucie wstydu. Nowy Testament przyjmuje jako rzecz samą przez się zrozumiałą, że nasz Pan w Swoim Wcieleniu rzeczywiście przyjął ciało ludzkie i nie uczyniono żadnego wysiłku, by omijać oczywiste implikacje z tego wynikające. Żył w tym ciele, tu, między nami i nigdy nie uczynił nic, co by nie było święte. Jego obecność w ciele ludzkim na zawsze przekreśla błędne pojęcia, że w ciele ludzkim jest coś wrodzonego, co obraża Boga. Bóg stworzył nasze ciała i nie obrażamy Go, jeśli czynimy Go za to odpowiedzialnym. On nie wstydzi się dzieła swych rąk. 

Natomiast wypaczenie, niewłaściwe użycie i nadużycie naszych ludzkich zdolności daje wystarczająco dużo powodów do wstydu. Czyny ciała dokonane w grzechu i przeciwne naturze nigdy nie mogą czcić Boga. Gdy nasza ludzka wola wprowadza moralne zło, wtedy tracimy czystość i niewinność naszych zdolności, a przecież takimi je Bóg uczynił, Zamiast tego, nadużyliśmy i przekręciliśmy rzecz, która teraz nie może oddawać chwały Bogu jako Stwórcy. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

środa, 6 czerwca 2012

Próbują chodzić po linii oddzielającej oba królestwa

"Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, na chwałę Bożą wszystko czyńcie". (1 Koryntian 10, 31) 
 
Jedną z największych przeszkód w osiągnięciu wewnętrznego pokoju, którą napotykają chrześcijanie, jest powszechne przyzwyczajenie dzielenia naszego życia na dwie części: świętą i świecką. Ponieważ mniema się, że te dwie części istnieją niezależnie od siebie i są sobie przeciwstawne zarówno pod względem moralnym jak i duchowym, i ponieważ jesteśmy zmuszani przez konieczności życia do ciągłego przechodzenia z jednej części do drugiej, dlatego nasze wewnętrzne życia ma skłonność do rozłamywania się tak, że mamy podzielone życie, zamiast jednego, stanowiącego całość. 

Problem nasz wynika z faktu, że my, którzy idziemy za Chrystusem, jednocześnie mieszkamy w dwóch światach: w duchowym i w materialnym. Żyjemy na ziemi jako dzieci Adama, poddani ograniczeniom ciała, słabościom i chorobom odziedziczonym w naturze ludzkiej. Samo tylko życie wśród ludzi wymaga od nas lat ciężkiego mozołu, wielu trosk i zabiegania o sprawy tego świata. Przeciwieństwem tego jest nasze życie w Duchu Świętym. Tutaj odczuwamy inny, wyższy rodzaj życia. Jesteśmy dziećmi Bożymi. Mamy niebiański status i przeżywamy osobistą wspólnotę z Chrystusem. 

Ten stan rzeczy usiłuje podzielić nasze życie na dwie sfery. Nieświadomie rozróżniamy dwa rodzaje działań. Jedne wykonujemy z poczuciem zadowolenia i mocną pewnością, że są miłe Bogu. Są to święte dzieła i zwykle myśli się, że są nimi modlitwy, czytanie Biblii, śpiewanie hymnów, chodzenie do kościoła i inne czynności wypływające bezpośrednio z wiary. Można je poznać po tym, że nie mają bezpośredniego odniesienia do świata, i nie miałyby żadnego sensu, gdyby wiara nie wskazywała nam innego świata, "...dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie" /2Kor.5.1/. 

Przeciwieństwem tych świętych czynów są czyny świeckie. Są to zwykłe życiowe czynności, które dzielimy wraz z innymi córkami i synami Adama: jedzenie, spanie, praca, zaspokajanie potrzeb ciała, wykonywanie zwykłych i prozaicznych obowiązków tu na ziemi. Te rzeczy często wykonujemy niechętnie i z wielką obawą, często przepraszając Boga za to, co uważamy za stratę czasu i siły. Wynikiem tego jest to, że przez większość czasu czujemy się źle. Wykonujemy nasze powszednie zadania z poczuciem głębokiego niezadowolenia, mówiąc sobie melancholijnie, że nadejdzie kiedyś lepszy dzień, gdy pozbędziemy się tej ziemskiej skorupy i nie będziemy się już więcej zajmować sprawami tego świata. 

Jest to stara antyteza, przeciwieństwo świeckiego i świętego. Większość chrześcijan dała się złapać w jej pułapkę. Nie mogą osiągnąć dającego zadowolenie dopasowania pomiędzy żądaniami obu światów. Próbują chodzić po linii oddzielającej oba królestwa i w żadnym z nich nie znajdują pokoju. Ich siła jest zredukowana, poglądy pełne zamieszania, a radość odebrana.
Wierzę, że taki stan rzeczy nie jest wcale konieczny. Wybór jest trudny, to prawda, lecz dylemat nie jest rzeczywisty. Jest to wytwór nieporozumienia. Ta antyteza nie ma oparcia w Nowym Testamencie. Bez wątpienia wyzwoli nas od niej głębsze zrozumienie prawdy chrześcijańskiej. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

wtorek, 5 czerwca 2012

Innym źródłem brzemienia jest sztuczność.

Innym źródłem brzemienia jest sztuczność. Jestem pewien, że większość ludzi żyje w ukrytym strachu, że pewnego dnia przez nieuwagę i przypadek jakiś wróg lub przyjaciel zajrzy do ich biednej, pustej duszy. Tak wiec nigdy nie czują się swobodnie. Ludzie na świeczniku są napięci i w ciągłym pogotowiu, że mogą być przyłapani na wypowiedzeniu czegoś pospolitego czy głupiego. Wytrawni podróżnicy obawiają się, że mogą spotkać jakiegoś Marco Polo, który będzie mógł opisać jakiś odległy punkt, w którym oni nigdy nie byli. 

Ten nienaturalny stan jest częścią naszego smutnego dziedzictwa grzechu, a dodatkowo w naszych czasach jest on jeszcze bardziej pogłębiony całym naszym sposobem życia. Reklama jest oparta na wykorzystaniu tego nawyku udawania. Oferowane są "kursy" w tej lub innej dziedzinie ludzkiej umiejętności odwołujące się bez ogródek do pragnienia ofiar, by zabłysnąć na przyjęciu. Sprzedaje się dużo, książek, ubrań i kosmetyków dzięki wykorzystaniu pragnienia, aby wyglądać inaczej niż jesteśmy naprawdę. Sztuczność jest takim przekleństwem, które zniknie dopiero w momencie, gdy uklękniemy u stóp Jezusa i poddamy siebie cichości. Wtedy nie będziemy troszczyć się o to, co ludzie o nas myślą, o ile Bóg będzie z nas zadowolony. Wtedy najważniejsze będzie to, kim jesteśmy. To, kim jesteśmy w oczach innych ludzi, zajmie dalekie miejsce wśród naszych zainteresowań. Z wyjątkiem grzechu nie ma nic, czego mamy się wstydzić. Tylko grzeszne chęci, by błyszczeć budzą w nas pragnienie, by wyglądać na kogoś innego niż jesteśmy. 

Świat jest pełen boleści z powodu ciężaru dumy i pozorów. Oprócz cichości Chrystusa nie ma uwolnienia od tego brzemienia. Wytężony wysiłek rozsądku może trochę pomóc, ale siła nawyku jest tak wielka, że nawet jeśli stłumimy go w jednym miejscu, to i tak pokaże się gdzie indziej. Do wszystkich ludzi mówi: "Pójdźcie do Mnie, a Ja wam sprawię pokrzepienie". Pokrzepienie, które On daje jest odpocznieniem w cichości, wspaniałą ulgą, która przychodzi wtedy, gdy uznamy siebie za takich, jakimi jesteśmy i gdy przestaniemy udawać innych. Na początku będzie to wymagać odwagi, ale w miarę, jak będziemy poznawać, że niesiemy to nowe i miłe jarzmo wraz z samym Synem Bożym, przyjdzie i niezbędna łaska. On mówi o tym: "Moje jarzmo" i idzie z jednej strony, podczas gdy my z drugiej. 

Panie, uczyń mnie jak dziecko. Uwolnij mnie od pragnienia konkurowania z innymi o miejsce, poważanie lub stanowisko. Pragnę być prosty i naturalny, jak małe dziecko. Uwolnij mnie od pozorów i udawania. Przebacz mi moje wyobrażenie o sobie. Pomóż mi zapomnieć o sobie i znaleźć prawdziwy pokój w patrzeniu na Ciebie. Uginam się przed Tobą, abyś mógł mnie wysłuchać, abym w ten sposób mógł znaleźć pokrzepienie - Amen.
 
A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

poniedziałek, 4 czerwca 2012

W sobie jestem niczym, w Bogu - wszystkim.

Cichy człowiek nie jest lękliwą myszą opanowaną poczuciem niższości. Jest raczej w swym moralnym życiu odważny jak lew i mocny jak Samson, ale przestał się kręcić wokół siebie. Przyjął Bożą ocenę swego życia. Wie, że jest beznadziejnie tak słaby, jak powiedział. Ale paradoksalne jest to, że w tym samym momencie wie, że w Bożych oczach ma większą wartość niż aniołowie. W sobie jest niczym, w Bogu - wszystkim. Takie jest jego motto. Wie, że świat go nigdy nie ujrzy takim, jakim widzi go Bóg i dlatego przestał się martwić. Doskonale odpoczywa pozwalając, aby Bóg dokonał swojej własnej oceny. Będzie cierpliwie czekał dnia, gdy każda rzecz otrzyma swoją metkę, z ceną, a wtedy ujawni się prawdziwa wartość. Wtedy sprawiedliwi będą jaśnieć w Królestwie swego Ojca. Jest gotów czekać na ten dzień. Lecz zanim to nastąpi, osiągnie stan odpocznienia duszy. Chodząc w cichości będzie szczęśliwy powierzając Bogu swoją obronę. Dotychczasowa szamotanina, by samemu bronić siebie, jest zakończona. Odnalazł pokój, który przynosi cichość. 

Będzie również uwolniony od ciężaru udawania. Nie chodzi tu mi o obłudę, ale o ludzkie pragnienie wspólne wszystkim, by ukazać światu swą najlepszą stronę. Grzech wmówił nam wiele złych nawyków, a jednym z nich jest fałszywe poczucie wstydu. Prawie nie ma człowieka, który ośmielał by się być takim, jakim jest, bez ulepszania pozostawionego wrażenia. Strach przed odkryciem się gryzie jak szczur ludzkie serca. Człowiek kulturalny obawia się, że spotka człowieka o większej kulturze. Wykształcony obawia się spotkać bardziej wykształconego. Bogaty poci się ze strachu, że pewnego dnia jego ubrania, samochód lub dom, będą wyglądać tanio w porównaniu z rzeczami innego bogatego człowieka. Tak zwane "wytworne towarzystwo" funkcjonuje w oparciu o motywacje tego rodzaju, również biedniejsze warstwy na swym poziomie nie są lepsze. 

Niech nikt się z tego nie śmieje. Takie brzemiona prawdziwe i stopniowo zabijają ofiary tego zła i nienormalnego sposobu życia. A sposób myślenia nabyty w ciągu wielu lat przez taki stan rzeczy czyni prawdziwą cichość nierealnym marzeniem, niedościgłym jak gwiazdy. Wszystkim ofiarom tej gryzącej choroby Jezus mówi: "Musicie się stać jak małe dzieci". /Mat18.3/ Ponieważ dzieci nic nie porównują. Radują się z tego, co mają, bez odnoszenia tego do czegoś innego. Dopiero gdy dorosną i grzech zacznie siać zamieszanie w ich sercach, pojawia się zazdrość i nienawiść. A wtedy już nie potrafią radować się z tego, co mają, jeśli ktoś ma coś lepszego lub większego. Na ich duszę już w młodym wieku zstępuje ciężar i nigdy ich nie opuszcza aż do chwili, gdy Jezus dokona uwolnienia. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

piątek, 1 czerwca 2012

Przypatrzmy się naszemu brzemieniu

Jezus często używał słowa "cichy" w krótkich, zwięzłych zdaniach, a dopiero później wyjaśniał jego znaczenie. W Ewangelii Mateusza Jezus mówi nam o cichości coś więcej i odnosi ją do naszego życia. "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo i uczcie się, że jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje słodkie jest, a brzemię lekkie". /Mat.11.28-30./ Mamy tu przeciwstawione dwie rzeczy: brzemię i pokrzepienie. Brzemię nie jest czymś szczególnie odnoszącym się do bezpośrednich słuchaczy, ale jest to brzemię, pod którym ugina się cała ludzkość. Nie chodzi tu o ucisk polityczny, ubóstwo lub też ciężką pracę. Jest to brzemię o wiele głębszej natury. Odczuwają to zarówno bogaci jak i biedni, bo od niego nie może uwolnić ani bogactwo, ani próżniactwo.
 
Brzemię noszone przez ludzkość jest ciężkie i przytłaczające. Słowo użyte przez Jezusa oznacza ciężar aż do wyczerpania. Pokrzepienie jest po prostu uwolnieniem od tego ciężaru. Nie polega to na robieniu czegoś, ale na tym, co na nas przychodzi, gdy kończymy pracę. Jego własna cichość jest tym pokrzepieniem. 

Przypatrzmy się naszemu brzemieniu. Jest to coś całkowicie wewnętrznego. Atakuje serca, umysł i sięga do wewnątrz. Po pierwsze mamy brzemię dumy. Brzemię samolubstwa jest naprawdę ciężkie. Pomyślcie sami, czy większość smutku nie powstaje, gdy ktoś mówi o nas lekceważąco? Dopóki będziemy sami dla siebie bożkiem, w stosunku do którego musimy być lojalni, dopóty zawsze znajdą się tacy, którym będzie sprawiało przyjemność obrażanie tego bożka. Jaką więc możemy mieć nadzieje na wewnętrzny pokój? Nigdy nie doprowadzi nas do odpocznienia nawet największy wysiłek serca, by obronić się przed każdą obrazą, przed narażeniem honoru, przed złymi opiniami przyjaciół lub wrogów. Prowadzenie takiej walki przez lata powoduje, że to brzemię staje się nie do zniesienia. A jednak synowie tej ziemi ciągle noszą to brzemię, skrupulatnie sprawdzają każde słowo o nich wypowiedziane, skręcają się pod każdą krytyką , odczuwają ból na każdą urojoną obrazę, nie mogą spać, jeżeli ktoś lepiej jest traktowany od nich. 

Takie brzemię nie musi nas przygniatać. Jezus zaprasza nas do swego odpocznienia w Nim, a cichość jest Jego pokrzepieniem. Cichy człowiek wcale nie martwi się o to, kto jest większy od niego, bo już dawno temu zadecydował, że ocena tego świata nie jest warta zachodu. W stosunku do siebie rozwija miłe poczucie humoru i uczy się mówić do siebie: "Ach, więc zostałeś pominięty? Ktoś inny był ważniejszy? Szeptali, że właściwie jesteś zupełnie byle kim. A teraz czujesz się zupełnie urażony, ponieważ świat mówi o tobie rzeczy, które sam o sobie mówiłeś? Właśnie wczoraj powiedziałeś Bogu, że jesteś niczym, prochem. Gdzie jest twoja konsekwencja. Dalej więc, upokórz się i przestań się martwić co myślą ludzie!" 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga